Chiny subiektywnie

Chiny jako dystopia

Kiedy przyglądam się aktualnym zawirowaniom w Polsce robi mi się przykro. Nie przez wzgląd na sympatie, czy antypatie polityczne, ale ze względu na anachroniczność działań politycznych, brak zrozumienia świata, negację zmian i wyzwań rysowanych dzisiaj tak wyraźnie przez rzeczywistość, wyzwań do których należy przygotowywać się już teraz, bo następują bez względu na wolę nawet najbardziej zawziętych w swoich wizjach aktorów polskiej sceny politycznej. Chiny, a właściwie ich przywódcy, w odróżnieniu od naszych kieszonkowych wodzów i naczelników, obserwują, uczą się i wyciągają wnioski. Chiny budują dzisiaj społeczeństwo przyszłości, nowy model społeczny. To nie jest sympatyczny system. Jeśli chcemy innej przyszłości dla nas i dla naszych potomków, powinniśmy o niej myśleć dzisiaj. Bo jutro będzie futro.

Jak zapewne zauważyli to czujni Czytelnicy beta.chiny24.com cierpię na pewną fiksację: twierdzę, że w niedalekiej przyszłości znany nam rynek pracy (a co za tym idzie znany nam układ społeczny) zostanie wywrócony przez wszechobecność wyrafinowanych maszyn i urządzeń, które zastąpią człowieka. Maszyny te, wymyślane gdziekolwiek bądź, produkowane będą głównie w Chinach. Po taniości, która z kolei przyspieszy proces wypierania ludzi, i tak nieunikniony.

Od Wigilii wodę na młyn mej fiksacji stanowi pewna restauracja w Szanghaju. Otóż dokładnie 24 grudnia zeszłego roku w mieście tym pięknym, a rozległym otwarto kolejną z setek restauracji serwujących „nudle w zupie”, czyli popularne w całej Azji Wschodniej makarony zalewane bulionem o smakach tak różnych, jak gastro-gusta Chińczyków. Od mdławo-słodkich, po ogniem piekielnym trzewia palących. Ta, żeby odróżnić się od innych tego typu przybytków serwuje kluchy „ramen”, czyli japońskie, a do tego przygotowywane przez dwóch japońskich szefów kuchni. Obaj szefowie są robotami. Jak chwali się właściciel restauracji każda maszyna kosztowała go 154 tysiące dolarów

(tu warto chwilę poświęcić na policzenie ile to jest w złotówkach i zastanowienie się co oznacza „small business” w Chinach, a co w Polsce),

czyli tyle, ile musiałby płacić „ludzkiemu” kucharzowi przez okrągłe 6 lat. Tyle, że człowiek nie da rady zrobić porcji makaronu w 90 sekund od chwili wpuszczenia do restauracji pierwszych klientów, po późne godziny wieczorne, kiedy zamknie się drzwi za ostatnimi konsumentami spragnionymi makaronu w bulionie. Co więcej żywy kucharz, gotujący człowiek to żadne halo. Nuda. Kucharz robot, to zupełnie inna historia. Ramen od robota kosztuje 58 yuanów (około 30 złotych), kiedy w „nudnych” restauracjach konkurencji zaledwie połowę tego. A poza Szanghajem ćwierć. Pomimo ceny drzwi do restauracji z robotami-kucharzami o imionach Koya i Kona się nie zamykają.

Przypadek powyższy to dla mnie jasny dowód, że dobrze kombinuję. Od wieku XIX maszyny kojarzą się nam z ciężką robotą. Kopary, młoty w kuźniach stalowni, dźwigi, betoniary, lokomotywy, ciężarówy, samoloty i takie tam. Urządzenia do wykonywania niezwykle trudnych fizycznie zadań, którymi steruje człowiek, urządzenia, które bez człowieka są mniejszą, albo większa kupą bezużytecznego złomu. Komputer nazywany jest maszyną wyłącznie w ramach drwinki, jak biuro w wieżowcu nazywane jest fabryką. O istnieniu robotów pracujących w fabrykach samochodów, czy w wielkich magazynach wiemy, ale prawdę mówiąc są zjawiskiem podobnym do lotów kosmicznych. Są, ale niekoniecznie naprawdę. Zupełnie nie rozumiemy (mam na myśli większość bezwzględną społeczeństwa, ze szczególnym uwzględnieniem społeczeństwa polskiego) siły i nieprzewidywalności synergii rozwiązań mechanicznych i nieustannie ewoluujących technologii cyfrowych. Te roboty z Japonii zarabiające na pana Liu Jin z Chin są doskonałym przykładem naszego (ogólnoludzkiego) niezrozumienia. Te dwa roboty traktowane są i będą przez dłuższy czas jako emocjonująca ciekawostka, rzecz must to see in Shanghai. Jesli ta knajpa nie padnie spektakularnie w ciągu dwóch kwartałów, za pół roku zaczną pojawiać się podobne przybytki w Szanghaju, Pekinie, Shenzhen, Chongqing, Changha, Tianjinie, Nanjingu, Qingdao, Suzhou, Hangzhou, Ningbo. Tam dziwo zobacz prostaczkowie z mieścin, w których żyje te skromne 1 do 2 milionów ludzi. I tam zaraz też takie restauracje powstaną. Bo i ci z Szangahju, i ci z maleńkich milionowych miasteczek będą chcieli powielić sukces Liu Jina. Pierwsi „followersi” wydadzą po 154 tysiące papiera za kucharza. Ci z małych miasteczek milionowych z pewnością będą już mogli skorzystać z ofert lokalnych, chińskich firm, które takiego robota kupią (niby do restauracji), sprawdzą jak działa, jak jest zbudowany, jaki ma software, a potem wszystko skopiują i wystawią swoją wersję duetu Koya & Kona za powiedzmy 30 tysięcy papiera. Ale pod warunkiem, że się kupuje minimum 3 sztuki.

Taki robot za 30 tysięcy to już jest zasięg nawet polskiego small businessmana. Robot się pewnie da wpierniczyć w jakiś unijny projekt. Czyli zasięg się zwiększa. Może styknąć na dwa, albo na trzy. I tu pytanie: czy nie poszlibyście Państwo sami, albo z dzieciakami do knajpy, gdzie pizzę gniecie robot? Taki jak ten na zdjęciu powyżej? Dzieciaki się posikają, nieprawdaż?

A za chwilę robot pizzaman może być standardem. Zawsze zrobi taką pizzę jakiej sobie życzymy w tym konkretnym miejscu. Wymierzy, wyważy, wygniecie z miażdżącą precyzją. Nie będzie jęczał, że zmęczony, że w domu żona chora, nie wciśnie wkur…ny peta do ciasta, nie zrobi trzody, kiedy się okaże, że teraz nie ma kasy na całą pensję, bo pociągnął ZUS, albo prąd. Albo podatki. Nie założy związku zawodowego. I będzie miał gwarancję. Pomiędzy zadowolonym konsumentem (z posikanymi z zachwytu dzieciakami), a zadowolonym właścicielem nie znajdzie się miejsce dla „żywego” pizzamana. Niemożliwe? Zapytajcie Państwo zecerów, maszynistki (takie panie od pisania pism na maszynie), repasaczka (te od repasacji pończoch), czy niemożliwe.

Wiecie Państwo, że takie profesje jak agent celny, księgowy, kierowca taksówki są zawodami zagrożonymi w perspektywie najbliższych 20 lat? Nie? Podpowiem tylko, że BBC wraz z naukowcami z Oksfordu zbudowała taką przeglądarkę, która prezentuje perspektywy – na dziś – nieco ponad 750 zawodów. Większość pozycji, to zawody, które zostaną przejęte przez maszyny i programy. Słyszeliście Państwo o pomyśle firmy Adidas, która od bodaj tego roku chce w swoich salonach firmowych zainstalować roboty, które szyć będą na miarę buty z wystawy, lub katalogu, które chcielibyście sobie nieco zmodyfikować, bo na przykład w granatowym Wam nie do twarzy, a w brązowym i owszem? Wiecie, że już dzisiaj informacje prasowe dużych instytucji finansowych generowane są przez specjalnie stworzone programy? Czy czytaliście może robotach Google, które dzisiaj pomagają przeprowadzać operacje chirurgiczne, a docelowo mają je wykonywać w pełni samodzielnie? Takich projektów, na różnym poziomie rozwoju, są setki, tysiące. Samochód bez kierowcy jest już rzeczywistością. Tesla w 2020 roku ma już regularnie produkować (w Chinach, bom to największy rynek Tesli jest i będzie) auto elektryczne, które samo poradzi sobie nie tylko na autostradzie, ale również w najtrudniejszym ruchu ulicznym. W 2030 zawód „kierowca” będzie taką skamieliną jak dzisiaj „windziarz”.

W konsekwencji powstanie ogromna rzesza ludzi (wiek nie będzie miał tu nic do rzeczy!), która zwyczajnie nie będzie miała co ze sobą zrobić. Bo nie każdy z nas jest predystynowany, żeby tworzyć programy komputerowe, albo projektować maszyny i mechanizmy. Tymi ludźmi będzie się musiało zając państwo.

Fantazja? Fikcja? Wydumki?

Proponuję przyjrzeć się temu co w obszarze polityki społecznej, systemów socjalnych dzieje się na przykład w tak nieodległej, a tak jednocześnie dalekiej Finlandii.

Świat niedalekiej przyszłości, to świat ogromnych rzesz ludzi niepotrzebnych. Ludzkość to przerabiała całkiem niedawno. Zaledwie na przełomie XVIII i XIX wieku. Jeden pan wymyślił maszynę parową. Taką ciekawostkę. Wynalazek ten spowodował, że świat oparty na rolnictwie przestał istnieć. Przestało istnieć ziemiaństwo. Pojawił się przemysł, burżuazja, chłopi po części przenieśli się do miast. Powstała klasa robotnicza. Skrystalizowała się myśl liberalna, ale również wykiełkował i ugruntował się komunizm. Ale wiele osób nie znalazło dla siebie miejsca, bo go już nie było.

Maszyna parowa stała się zaś (po latach) przyczyną, ale i wyrafinowanym narzędziem I i II wojny światowej. Te państwa, które zrozumiały jej znaczenie (Wielka Brytania, USA) stały się potęgą, te które traktowały ja jako fanaberię (Rosja), pozostały jakoś w tyle.

Przykro mi, że nikt, absolutnie nikt z tych, którzy zajęli się rządzeniem, zawiadywaniem życiem Pani, Pana, moim nie widzą, nie rozumieją, nie przewidują, co jest cechą prawdziwych polityków, przywódców, mężów stanu.

Chwała wszystkim, którzy dotarli do tego etapu wywodu! Bo to jeszcze nie koniec.

W tym samym czasie kiedy uwagę moją przyciągnęła informacja o robotach-kucharzach, w internetach pojawiły się wiadomości na temat Sesame Credit, o którym nie dowiedziałbym się nigdy, gdyby nie czujność syna mego pierworodnego.

Jak to działać ma możecie sobie Państwo szczegółach obejrzeć TUTAJ.

A po krótce:

Mamy w Chinach 3 gigantyczne firmy internetowe. Interesują nas z tego 2.

No. 1.: Alibaba. Znamy wszyscy. Globalny już e-commerce. No. 2: Tencent. W Polsce mało znany. Chiński lider chińskich „social media”. Odpowiedniki Twittera, Facebooka, ale i własne projekty jak na przykład We Chat. Hegemony biznesowe, których wartość liczona jest w setkach miliardów dolarów. Oba te giganty stworzyły na życzenie władz system Sesame Credit, połączenie e-commerce z social media. Dzisiaj, na etapie BETA system jest dobrowolny. Od 2020 roku ma być obowiązujący dla każdego użytkownika internetu w Chinach. I teraz uwaga! Podstawą systemu jest SCORE, czyli wynik, punktacja. Jak w grach. Ranga, level. Żeby uzyskać level trzeba napykać punktów. Jak je napykać?

A na dwa sposoby [TU PODAJĘ PRZYKŁADY ABSOLUTNIE TEORETYCZNE]:

Sposób pierwszy – zakupy: kupuję chiński produkt z eko farmy dostaję +10, kupuję japoński komiks od japońskiego oferenta, dostaję -2.

Sposób drugi – postawa obywatelska: piszę, że prezydent jest zajebisty i bez względu na płeć własną chcę, żeby mnie posiadał co noc dostaję +10, piszę, że mieszkam w Pekinie i przez smog nie mogę oddychać, dostaję -2.

No i fajnie.

Tyle, że wszyscy moi znajomi, którzy mnie zaakceptowali jako przyjaciela i w ogóle,

MAJĄ PUNKTACJĘ ZALEŻNĄ od mojej.

Kiedy ja dostaję +, oni dostają +. Kiedy idę w , oni tracą. Co tracą? Ano upusty od cen detalicznych, promocje firm kurierskich, ułatwienia w uzyskiwaniu wiz, itd., itp. A co robimy z internetowym „friendem”, który nas wkur..ia? No usuwamy. Co Chińczyk zrobi z koleżanką, lub kolegą, który masakruje jej/jego wysiłki na drodze do osiągnięcia kolejnego levelu?

Proste? Prawda?

A teraz klamra. Mamy (w niedalekiej przyszłości) społeczeństwo zależne od państwowego systemu socjalnego (po prawdzie systemu rozdawnictwa), bo większość profesji została zaanektowana przez tępe roboty. Mamy też system Sesame Credit. Kto nie generuje problemów i niepokojów ma +, kto jest problematyczny i robi zakupy poza granicami idzie w.

A jeśli państwo określi emeryturę i pensję obywatelską zależną od internetowego SCORE? Ktoma plusy ma powyżej minimum. Kto generuje minusy ma poniżej średniej, a może nawet okrągłe ZERO.

Uzyskujemy w ten sposób pozbawioną wszystkich brzydkich elementów jak torturowanie, prześladowanie i mordowanie wersję „aksamitnego totalitaryzmu”. Totalitaryzm 2.0. Kumamy się z tymi, którzy pozwalają nam uzyskać średnią dochodów, a kochamy tych, którzy te średnie pozwalają przekroczyć, odcinamy się od kogokolwiek, kto może nam zrujnować komfort życia na państwowym garnuszku.

Nasi kieszonkowi naczelnicy żyją realiami XIX wieku. My powinniśmy zrozumieć XXI wiek i wyzwania, które tenże nam gotuje. Jeśli tego nie zrobimy, będziemy musieli przyjąć gotowy model chiński. Jeśli taki model nam nie pasuje powinniśmy podjąć wysiłek wypracowania systemu, który odetnie polityków od dystrybuowania dóbr wedle klucza wyborczego. Który pozwoli nie tylko żyć, ale i tworzyć, wpływać, wzbogacać.

Czasu mamy mało. Znacznie mniej niż wyobrażają sobie krótkodystansowi, kieszonkowi naczelnicy i wodzowie RP. 10, może 20 lat. Jeśli Państwo mnie nie wierzycie, zajrzyjcie na wyszukiwarkę BBC. Ta instytucja ponoć jest autorytetem. Ja nie śmiem.

Leszek Ślazyk

 

Tags

Leszek Ślazyk

(rocznik 1967), politolog, publicysta, przedsiębiorca, ekspert do spraw Chin; od 1994 roku związany zawodowo z Chinami, twórca portalu www.chiny24.com.

Related Articles

7 thoughts on “Chiny jako dystopia”

  1. Wszystko pięknie, ale my na razie mamy całkiem inne problemy i najpierw musimy odzyskać jakąś choćby minimalną kontrolę nad własnym państwem.

    Trudno mierzyć się z problemami XXIw w sytuacji gdy kierownica państwa znajduje się poza granicami kraju, a rola władz sprowadza się do wdrażania cudzych instrukcji. Dlatego wyrzekanie na "kieszonkowych naczelników" jest co najmniej nieuprawnione, to pierwszy i absolutnie niezbędny etap aby pójść gdziekolwiek dalej.

  2. @ abc/hcpp/whatever: Mam silne wrażenie, że mieszkamy w innych państwach, a może nawet na innych planetach. U nas tutaj jest rok 2016. Trochę się od 1916 zmieniło. Niewiele, ale jednak. Nie zmieniło się jedno: rzeczywiste plany wymagały i wymagają przemyślanych szczegółów, nie zaś nic nie znaczących ogólników. Te faktycznie pozwalają iść „gdziekolwiek dalej”. Zazwyczaj nigdzie.

    Z życzeniami zdrowia,

    Redaktor

  3. Mamy obecnie problem z małą dzietnością w Polsce. 

    Zawsze w dyskusjach podaję przykład Japoni ( nie, nie Chin bo to zbyt duże państwo).  Tam z problemem braku rąk do pracy poradzili sobie właśnie wprowadzając roboty.  I to samo można by zrobić w Polsce, a nie przyjmować migrantów którzy będą narzekać, którym trzeba będzie dać forsę bo nie są wykształceni, którzy będą chcieli wprowadzać swoje zwyczaje.  Taki robot będzie pracował, tak jak Pan mówi, bez przerwy.  I nie trzeba mu będzie płacić.  I nie wprowadzi swoich zwyczajów. 

    A u nas nic sie nie mówi.

    Co prawda zgadzam się także z przedmówcą (nie z adminem) że Polska nie kieruje swoją ekonomią.  A raczej, ma ograniczoną kontrolę,bo ekonomiczne prawa narzucają nam obecnie obcy. I to nie Polska chce przyjąć migrantów, ale Bruksela.

     

  4. @Redaktor, chyba się nie zrozumieliśmy. Jakiekolwiek dyskusje na temat kierunków naszego rozwoju i wynikających stąd szans/zagrożeń nie mają większego sensu i żadnego przełożenia na rzeczywistość w sytuacji gdy ośrodek decyzyjny znajduje się poza Polską, a nam zostaje jedynie wykonywanie jego bardziej lub mniej jawnych zaleceń. Dlatego pierwszym krokiem jest odzyskanie sterowności nad państwem – może to nudne i nie rozpala wyobraźni w takim stopniu jak wizje nadciągającej rewolucji, ale zwyczajnie konieczne i ktoś tą robotę po prostu musi zrobić.

  5. @ katia: Nie mamy problemu z dzietnością. To naturalny efekt rozwoju, ewolucji. Doskonale dzisiaj widoczny na przykład w Chinach, gdzie zamożne rodziny nie chca mieć dzieci w ogóle, lub co najwyżej jedno. Zjawiska demograficzne będą wyłącznie przyspieszać wypieranie ludzi ze znanych dzisiaj profesji.

    Jeśli chodzi o kwestię imigrantów: zalecam dużą rozwagę, unikanie wciągania się w tą dzisiaj nakręcaną "histerię". Sprawa jest aranżowana w jakimś celu. Być może by przykryć inne, o wiele poważniejsze problemy, być możę, aby przeprowadzić działania, które w innych okolicznościach nie dałyby się wprowadzić. Na przykład europejską wersję amerykańskiej doktryny Monroe'a. Do wyborów w Niemczech pozostało 18 miesięcy. Kupa czasu, żeby Angelę Merkel władować na minę, albo, żeby właśnie Angela mogła rozegrać na swoją korzyść narastające nastroje niepokoju objawiającego się chociażby ksenofobią, a mające swoje ukryte źródło w danych ekonomicznych.

    Narzucanie reguł ekonomicznych przez obcych: to niestety wielkie uproszczenie, łatwo wykorzystywane przez populistów, z których większość sama nie rozumie otaczającego świata, bo zyje głęboko w przeszłości. Ekonomia nie jest dzisiaj narodowa, jest jak ameba. Jeśli ktokolwiek podejmie taki wysiłek i zacznie sprawdzać do kogo należy Mercedes, Coca-cola, czy Ikea, to się bardzo zdziwi. Ekonomia dzisiaj to zupełnie nieokreślone narodowościowo zjawisko. A reguły narzucają najsilniejsi, ci, którzy posiadają nie tylko środki, ale możliwość wpływania na środki innych silnych. Dzisiejsze próby Chin zdjęcia kontroli z rynków finansowych pokazują jak mało zależy od rządów. A gdzie nam z naszymi kieszonkowymi wodzami i generałami do Chin.

    Reasumując: maszyny będą wypierać ludzi bez względu na to, czy zaczniemy przyjmować imigrantów czy nie, czy będziemy mieli po 0,5 dziecka, czy też 5,0 dzieci na statystyczną Europejkę. Maszynami bowiem zainteresowane są siły sterujące ekonomią w skali mikro i makro. I będą je pogłębiać (to zainteresowanie) bez względu na anachroniczną ideę państw narodowych. Bo maszyny są bardziej od ludzi opłacalne.

    Dopóki nie zaczniemy czerpać wzorów z krajów takich jak Finlandia (edukacja i gospodarka!), a nie Węgry (populizm i quazi-nacjonalizm…) pozostanę raczej pesymistą co do polskiej przyszłości. Bez jasnej, klaownej wizji takiej przyszłości budować się jej nie da. Niestety.

  6. @ abc: To jest właśnie XIX wieczna wizja (lub "optyka") dzisiejszej sytuacji: tajemnicze, obce ośrodki kierujące naszą rzeczywistością….

    Naszą rzeczywistością kierują nieudolnie nasi, a nie jacyś "obcy", na których tak łatwo zrzucić odpowiedzialność. Ci nasi nie rozumieją zmian zachodzących na świecie, więc postępują irracjinalnie i anachronicznie, wyciągając dzisiaj chociażby kwestię II wojny światowej, bo to sie łatwo sprzedaje. Nie potrafią również działać na własnym podwórku, ot chociażby angażując do spraw gospodarczych fachowca, który nie może ujawnić swojego stanu majątkowego, bo ten stan majątkowy ujawniony mógłby spowodować odwrócenie się ogromnej części własnego elektoratu, dla którego człowiek z kasą to złodziej na pasku Niemców, Żydów, albo Ruskich (do wyboru). Te (i wcześniej popełniane) błędy nie mają zagranicznych autorów, tylko naszych, w postaci właśnie kieszonkowych wodzów, którym przydałoby się trochę pojeździć po świecie, doświadczyć Polski z dystansu paru tysięcy kilometrów, porównać co tam, a co tu, a potem może zabierać się za rządzenie, na bazie konkretnego, jawnego (a nie tajemniczego i niejasnego) planu. Ale skoro ośrodki decyzyjne znajdują sę poza Polską, no to faktycznie nie ma sensu w ogóle zastanawiać się nad kierunkami dalszego rozwoju naszego kraju. Po co?

    To umówmy się tak: ja sobie pozwolę zastanawiać się głośno, a Pani/Panu "abc" proponuję pozostać w oczekiwaniu na cud.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close